Droga do katedr
Dla całego cyklu Katedra szczególne znaczenie mają wyjazdy do wschodniej, południowej i środkowej Hiszpanii w 2003 r. oraz – przede wszystkim - do Francji, głównie obszaru Ile de France i przy okazji do północnej Hiszpanii (kraju Basków) w 2008 r. Pierwsza podróż zaowocowała cyklem Realne – nierealne (2004-05), w którym wykorzystanie motywów architektonicznych jawi się jako pretekst do „narracji” form przestrzennych, aluzyjnie tylko nawiązujących do konkretnej, opisowej rzeczywistości. W obrazach tych dostrzega się zaledwie sugestie określonych prototypów budowli i przestrzennych kompleksów dostrzeżonych w Katalonii, Andaluzji czy Kastylii – La Manchy[1].
Drugi wyjazd przypada na moment rozpoczęcia cyklu Katedra. W tym czasie pierwsze realizacje są już nacechowane inspiracjami m.in. architekturą Krakowa, Torunia, Poznania, Ravenny, Rimini, Urbino czy nawet Lwowa. Widać w nich, że konstrukcyjna idea płócien zbudowana jest w formie przenikania się różnych perspektywicznych ujęć: rzutu poziomego (planów określonych budowli), przypadków perspektywy równoległej lub ukośnej, nierzadko fragmentów perspektywy zbieżnej. Z czasem zdecydowana geometria formy, płaskie strefy koloru zaczęły ewoluować w kierunku iluzjonistycznych efektów, w których jednak jednoznaczność obrazowanej przestrzeni nie jawi się w sposób oczywisty. W tej grze z iluzją motywów katedr rolę odegrały nie tyle formalne spekulacje, co przeświadczenie o niemożności ogarnięcia jej w pełni za pomocą potocznego doświadczenia - werystycznej konwencji przedstawiania.
W ostatniej francusko- hiszpańskiej wyprawie, z jednej strony faktem była wielość oglądanych miejsc w krótkim czasie - dopełniona wcześniejszą- nabytą wiedza na ich temat, z drugiej strony w dużym stopniu ciążyła bezradność wobec skali i dynamiki bodźców na różnych poziomach doświadczenia. Precyzyjna i logiczna architektoniczna struktura odwiedzanych budowli nie zapewniała pełnej kontroli nad własną percepcją. Subiektywna rejestracja była wielością odczuć, dających obraz umykający, rozpraszający się w kierunkach nie tylko wertykalnych i horyzontalnych, ale również przeżyciowo trudnych do sprecyzowania.
Współistnienie piętrzącej się w górę materialnej struktury kamienia, szkła i powietrza oraz duchowego przeznaczenia gotyckich świątyń tworzyły istotną rysę na ich całościowych „wizerunku”. Przeznaczone do modlitwy i kontemplacji, poprzez grę materii powołane do ulatywania w bezkres, w turystycznej wędrówce były głównie obiektami okazjonalnego, chwilowego wypełnienia nerwową bieganiną wokół chaotycznego rozpoznania obranego obiektu. W tej szybkiej wędrówce znalazło się miejsce na osobiste refleksje, zaskoczenie nieprzewidzianymi okolicznościami, zadziwienie wyglądami ludzi i rzeczy. Oczy samoistnie postrzegały i malowały praobrazy, potem materializowane w pracowni. Powstał też tekst na temat wspomnianej wędrówki. Dla mnie bardzo ważny, gdyż w nim zawarta jest relacja pomiędzy tym, co prawdziwie przeżyte i zobaczone, a fikcją, której celem nie jest jednak malarska ułuda, a raczej uniwersalizacja tego, co kryje się w metafizycznym doświadczeniu. O dziwo, skala odczuć nie była osadzona tylko na architektonicznych impresjach. Kierunki podróży przebiegały bowiem pomiędzy lądem a rozległością Oceanu Atlantyckiego. Naprzemienne przebywanie w dwóch strefach przestrzennej transcendencji, sprawiło, że Impresje francuskie zaczęły być pisane w słoneczny dzień na plaży Bretanii, w której bezkres niespokojnego akwenu, nieokreślona linia horyzontu współistniały z migotliwością dywizjonistycznej struktury kamiennego piasku. W blasku ostrego światła, lśniącej wilgoci zalewającej szerokie obszary przybrzeża iskrzyły się drobiny kwarcu niczym finezyjne płytki witrażowego szkła. Lekcja malarskiego rudymentu, związana z mechanizmami percepcji koloru, a raczej światła, pozwoliła prowadzić „katedralną” refleksję ku strukturze obrazów, w przesłaniu ukierunkowanych na to, co niematerialne.
Tak, jak poziom horyzontu wyznacza doczesne bytowanie, tak pion kierunku spojrzenia ku górze rodzi zapytanie o tajemnicę niebieskiego sklepienia. Spojrzenie takie wyznacza axis mundi, oś ziemi, która zawsze usytuowana może być w konkretnym kadrze widzenia – osobistej percepcyjnej przestrzeni – sprzyjając intuicji transcendentnego doświadczenia. Może dlatego właśnie w wielu powstałych obrazach prezentowanego cyklu Katedra, pojawia się ledwo uchwytne konstrukcyjne cięcie w wewnątrz wielu kompozycji a innym razem wyraźny promień światła, pionowa lub skośna linia, wertykalnie bądź diagonalnie wyznaczająca perspektywę przedstawienia.
Uniwersalizowanie widzenia szuka wsparcia w określonych ikonograficznych wzorcach, porządkujących całość schematach planu centralnego lub krzyża łacińskiego, gdy wszechświat w wymiarze ziemskim może być potraktowany jako świątynia, budowlą o określonym przeznaczeniu łączącym sferę profanum i sacrum. Trzyczęściowa świątynia Salomona jako architektoniczny pierwowzór dla późniejszych katedr, w wymogach proporcji i przeznaczenia poszczególnych jej części, łączyła sferę ziemską ( przedsionek), z miejscem kultu dla wiernych (Miejsce Święte, Przybytek, dawny Mojżeszowy Namiot Spotkania) z dodatkowym miejscem za zasłoną wydzielonym dla kleru (Święte Świętych, Miejsce Najświętsze) [2]. W wielu obrazach Katedr i ta idea współistnienia trzech stref w obrębie zintegrowanej całości przybiera formę kompozycyjnych trój lub dwupodziałów z wyraźnym wyodrębnieniem obszaru sklepienia oraz czasem nieokreślonych, czasem wyraźnych śladów wykopalisk, ruin - miejsc fakturowej ziemistej materii (niektóre obrazy mają podtytuły Z nieba i z ziemi).
Choć dla całego cyklu obrazów większość inspiracji trzeba lokować częściowo w sztuce romańskiej ale głównie w gotyku XII – XV wieku, to jednak widoczna jest w nich ahistoryczność formy i ikonografii. Trudno uciec od nowożytnych form kontynuujących średniowieczne pojęcie świątyni jako kosmogonii widoczne w neogotyku czy też od odniesień do porenesansowej lekcji antycznego porządku. Prace są efektem nie tylko naocznej obserwacji ale i w dużym stopniu konsekwencją ponowoczesnej fuzji międzykulturowych, anagogicznych znaków, w których jest miejsce dla osobistej hierofanii. Katedry odwołują się do tradycji bizantyjskiej ikony, gdzie płaski, lub stopniowo modulowany, nasycony i świetlisty kolor wyraża przestrzeń symboliczną. Odwołują się również do siedemnastowiecznych gier z widzem w relacji „ iluzja a realizm” z możliwością perspektywicznych przedstawień rzeczywistości, w oparciu o które oko obserwatora podąża niejednokrotnie w złudnych kierunkach jej identyfikacji - jak w obrazach typu trompe l’oeil, czy w obserwowanych optycznych sztuczkach ukazywania wnętrz w kasetach perspektywicznych.[3] Wreszcie ślady tenebryzmu prowadzą ku przestrzeni opowiadanej, swoiście narracyjnej, o symbolicznej wymowie zmagania się stref światła i mroku, w których rozpoznanie motywów jest czasową drogą ku próbie ogarnięcia przedstawionej całości. W takim narracyjnym kontekście obrazy tkwią głęboko w dziewiętnastowiecznej historiografii, według której budowle miały być opracowywane wg kategorii emouvoir, poruszającej emocje oraz koncepcji architecture parlante, swoim wyglądem współgrającą z charakterem i typem budowli.[4]
Doświadczenie otwartej przestrzeni morza [5], uczucie wznoszenia się ponad przyziemny horyzont widzenia, tak silne w podróży po wybrzeżu północnej i północnozachodniej Francji, w moim osobistym odczuciu, były komplementarne do postrzegania katedr gotyckich, spotykanych na terenie Ile de France i na trasach przejazdu do północnej Hiszpanii. Rozprawianie o katedrach wiąże się z odrębnym zagadnieniem architektonicznej idei w zakresie konstrukcji i precyzji pomiaru, symbolicznego znaczenia liczby powielającej określoną metryczną jednostkę zgodnie z neoplatońską filozofią rozumienia piękna, prawdy i dobra - jako triady współzależnych poszukiwanych i cenionych wartości, szczególnie w czasach katedr okresu XII –XIV w. (kalokagatia). Znaczenie ma tu idealna proporcja liczb w stosunku 1:1, 1:2; 2:3, złoty podział, czy proporcje trójkąta pitagorejskiego 3:4:5. [6] Katedra jest przykładem możliwości wykorzystania logiki i odwagi konstrukcyjnej oraz rodzącego się z tego „dobrego piękna” jako formy poddanej prawu ciążenia, a zarazem zagarniającej skonstruowaną diafanicznie przestrzeń, na kilku poziomach wysokości, i w obszarze kilku, kilkunastu segmentów długości, czyli przęseł.
Współistnienie w tej wspólnej przestrzeni malarstwa tablicowego, witrażu czy rzeźby przenosi nasze doświadczenie w stronę detalu, złożoności materii farby, muru oraz kamienia. W rezultacie katedra jawi się nam jako zjawisko polifoniczne, odmiennie i dynamicznie drażniące nasze zmysły. Ten aspekt katedry, choć wpisany w sens jej odczytywania, w znaczeniu strukturalnym i estetycznym zobaczony został z innej perspektywy przez Claude’a Moneta w cyklu obrazów Katedra z Rouen. Nie jest ona tutaj motywem miejskiego krajobrazu. Mistrz z Giverny nie analizował jej wnętrza, polem obserwacji czyniąc portal i wieże w bliskim kadrze kompozycyjnego ujęcia. Analizie malarskiej poddał zmienność światła na fasadzie, sumując jakby wszystkie możliwe doznania z tego, co było widoczne na zewnątrz i wewnątrz. Jest rzeczą zaskakującą, że Monet już w fazie postępu pracy nad katedrą, przy okazji miejskiej uroczystości znalazł się w środku budowli i autentycznie się nią zachwycił, żałując równocześnie, że nie uczynił tego wcześniej [7]. Być może zobaczył coś, co było również naszym szczęściem w tym dniu porannego wejścia do środka (8 września 2008 r.) . Wtedy byliśmy tam świadkami początków ekspozycji światła we wnętrzu. Zdawało się, że oto widzimy wschód słońca, które operowało złocistymi promieniami w kolorze bursztynu, zauważalnymi na wysokości sklepienia, i w górnych partiach służek. Srebrzysto- ugrowe tony kamienia zaiskrzyły się błękitami i oranżami. Jak w efekcie domina złotego światła przybywało, kamień stawał się jakby transparentny tak, że granica między nim a witrażami wyraźnie się zatracała. Zmuszenie przybyłych na taki spektakl do zadzierania głowy w górę, jak zawsze zresztą w katedrze, i tu, skutkowało zawirowaniem w głowie, utratą stabilności spojrzenia i pewności co do tego, co stałe, a co tymczasowe, co prawdziwe a co chwilową umykającą cudownością.
Ucztą dla oczu było również smakowanie kolorystyki sanktuarium Św. Michała Archanioła na wyspie i wzgórzu Mont Saint Michel. Nawarstwiający się przez dziesięć wieków benedyktyński kompleks architektoniczny (X –XX w.) zachwycił w części romańskiej i gotyckiej nastrojem „organicznego” koloru kamienia i porastających go mchów, porostów i traw. Nabrzeże klasztornego wzgórza szaro -srebrne w chwilach odpływu, w momencie przypływu staje się groźną pułapką dla nierozważnych spacerowiczów oddalających się w kierunku pobliskiej wyspy La Tombelaine, będącej miejscem lęgu licznego ptactwa. Z tarasu widokowego klasztoru doświadczaliśmy finezji szarości, oliwkowych i ziemistych zieleni, barw bliskich cielistego verdaccio - tonu podmalówki w kolorze ziemi zielonej na średniowiecznych i wczesnorenesansowych obrazach, a także niezliczone odmiany ugrów, czy sepii. Wilgotne i wietrzne otoczenie sprzyjało takiemu porastaniu mikrorganizmami i roślinami na zewnątrz kompleksu, pozostawiając również ślady przebarwień wewnątrz . Gotycki kościół Saint Pierre po świeżej renowacji imponował czystością tonu, a zarazem zachowaniem archaicznego klimatu. Pełen zachwytu zadawałem sobie pytanie, jak malarsko zareagowałoby Moneta „tylko oko, ale, mój Boże, co za oko”, przytaczając w myślach słowa Cézanne’a. Czy wnętrze tego kościoła byłoby eksplozją żółcieni i zieleni oraz oranżów spotęgowanych gęstą materią. Malowniczość tego miejsca zachęcała do takiej kontemplacji w stopniu bardziej biernym niż aktywnym. Kontemplacja zastanego miejsca - zjawiska bardziej niźli jego opisanie, szkicowanie czy estetyczne scharakteryzowanie, w tamtym momencie, było czymś naturalnym i adekwatnym do dodatkowej sytuacji - wydarzenia. W momencie przebywania tam miała miejsce religijna uroczystość: misteryjna i tajemnicza, może rodzaj klasztornego wprowadzenia młodych kobiet do wspólnoty zakonnej lub okolicznościowej zbiorowej modlitwy. Prosto i archaicznie ubrane, w długie białe peleryny w kolorze kości słoniowej narzucone na habity w tonie błękitu nieba oraz z zawiązanymi na głowie chustami w kolorze innego odcienia bieli perłowej były jak posągowe niebiańskie wojsko. Piękne młodością niewiasty (około dwudziestoletnie), rzeźbione majestatycznie opadającymi fałdami swego odzienia były zarazem częścią architektury, dominującej nad nimi skalą proporcji. Kobiety były zmonumentalizowane w grupie rytmem swych szat, a zarazem były maleńkie, wpisując się rytm kanelur kolumn oraz wielkości krzyżowo – żebrowego sklepienia.[8]
Niezależnie od wspólnych rozwiązań architektonicznych francuskich dwunasto i trzynastowiecznych katedr, każda z nich posiada odmienny walor estetyczny. Najwcześniejsza w Paryżu Saint - Denis, biorąc pod uwagę nowatorskie zastosowanie krzyżowo- żebrowego sklepienia w chórze świątyni, rozświetlona witrażami jest generalnie jasna. W dolnej i najstarszej części chóru (w jego obejściu) czuje się jednak ducha średniowiecza. Mrok nie rozstępuje się całkowicie, tworząc klimat sprzyjający oglądowi kolorowych szkieł. Rzutują one chromatyczną, pointylistyczną wręcz paletę barwnych refleksów, dematerializując ciężki kamień. Pogoda w tym dniu (4 września 2008 r.), zmienna i kapryśna sprawiała, że efekty te pojawiały się dosłownie na kilka sekund, mamiąc przybysza grzeszną radością zmysłowej przyjemności. Opat Suger przewidział taką pokusę dla oczu jako ważne doświadczenie kontaktu ze sferą niebiańską, kolorowość witraży była dodatkową drogą ku wyrażaniu splendoru światła, więc pocieszony takim nastawieniem chłonąłem zmienność impresyjnych wrażeń. Niestety uniesienia ducha przy oglądzie witraży w chórze Saint - Denis opadły szybko na ziemię. Napis dyskretnie na nim umieszczony informował, że to, co mnie zachwycało było w tamtej chwili kopią umieszczoną na miejscu oryginałów będących w konserwacji. Zresztą część witraży bazyliki znajduje się na stałe w paryskim Musée Cluny, a to, co w ogóle współczesnym pozwala zapoznać się z duchem średniowiecznego witrażu jest dziełem Eugene Violette-le Duca, który w poł. XIX w. odtworzył szesnaście kwater z tego, co pozostało po barbarzyństwie Rewolucji Francuskiej [9]. Witraże w górnej partii chóru i w nawie głównej ponad poziomem naw bocznych, mieniąc się błękitem i czerwieniami ciągną się aż do transeptu oraz do prezbiterium, gdzie zdają się być półkolistymi skrzydłami motyla. Rozety po stronie północnej i południowej dodatkowo iskrzą się zieleniami, żółcieniami, złotem. Zdawało się, że układ witraży falował, wzbogacony wspomnianymi projekcjami padających nań refleksów słonecznego światła [10].
Po jasnej Saint - Denis w kolorze kości słoniowej, wkroczenie do Notre Dame było zanurzeniem się w miodowej poświacie. Choć zbliżona do katedry opata Sugera, robiona z podobnego w kolorze kamienia, zmieniła swoją naturalną barwę w wyniku ciepłego podświetlenia wnętrza, zwłaszcza głównej nawy. Niemniej prototypowa prostota tej paryskiej katedry zachwyciła wtedy (6 września) podniosłą atmosferą za sprawą odbywającej się mszy świętej w sobotnie popołudnie. Ołtarz i celebranci usytuowani dokładnie w centrum świątyni, na przecięciu nawy głównej i transeptu wyznaczali istotę katedry, jako miejsca kultu, a nie tylko turystycznej estetycznej konsumpcji z aparatem w ręku. Majestatyczny, niski głos głównego celebranta odbijał się echem pod sklepieniem, wypełniając wyostrzoną melodią zgromadzony tłum. Język francuski triumfował, spleciony muzycznym brzmieniem z dwoma sopranami, niczym anielskimi głosami, pięknymi jak barwy zachowanych niektórych oryginalnych witraży (rozety w transepcie).
Strzelistość gotyckich katedr z rozwiniętym systemem sklepień, służek, przypor, pinakli, wież, portali upodabnia je do siebie, pospiesznego turystę wprowadzając w stan dezorientacji co do różnic, w chwili ich wspominania z dystansu czasu. Dla znawców odrębność ta jest oczywista, ale w porównawczej perspektywie, dla każdego indywidualnie, liczą się przede wszystkim zjawiska, przeżycia, okoliczności, które wzbogacały indywidualny kontakt z konkretnym miejscem. Nasze przeżywanie chwili, zapach i koloryt tych miejsc, smak powietrza, ludzie i wydarzenia tam napotkane.
Percepcja katedr nie jest łatwa, trudno je ogarnąć, z jednej strony mocno nas trzymają w zasadach konstrukcyjnej logiki, z drugiej uwalniając ducha, mieszając nam równowagę zmysłów. Ciągłe zadzieranie głowy do góry, synkretyczność nakładających się perspektyw widzenia, trudności w rozpoznaniu wszystkich narracji rzeźby czy witraży w miejscach dla nich przeznaczonych, sprowadzały na manowce powierzchownego dostrzegania tylko drobiny znaczeń. Wreszcie wciąż w pośpiechu, przemieszczani mimowolnie przez tłumy odwiedzających byliśmy jak piłeczki odbijane od ściany do ściany, od wybranego motywu do fragmentu tylko wielkiej całości. Szansą uspokojenia odbioru katedry dawała pozycja centralnego usytuowania na początku korpusu katedry ze spojrzeniem na wprost ołtarza. Szeroki kąt widzenia pozwalał ogarnąć całość diafanii, czyli współistnienia partii kamienia i pustej przestrzeni, odgrywającej równie ważną rolę w ukształtowaniu złożonej przestrzennej struktury świątyni.
Momentem wytchnienia w tej bieganinie po kolejnych katedrach, czy wybranych ich fragmentach było zatrzymanie się przy witrażach. Nastawiając naszą percepcję na ich odbiór nasze oczy, pomimo zdolności akomodacji do jasności i ciemności, zachowywały się jak obiektyw aparatu fotograficznego, który bez specjalnej funkcji korekcyjnej „ślepnie” na ostry kontrast. Tak i my w tej ułomności widzenia traciliśmy zdolność dostrzegania wyrazistości konstrukcji katedr w momencie zwrócenia pełnej uwagi na świetlistość kolorowych okien. One w pewnym sensie uwalniały od tej całej budowlanej gmatwaniny form, prowadząc ku niematerialnym odczuciom zniewalającego zachwytu i medytacji. W istocie swej poprzez przeżycie estetyczne wyznaczany był kierunek w górę ku przeczuciom odnajdywania Niebieskiej Jerozolimy, tak bardzo poszukiwanej w czasach budowania katedr.
Do katedry Chartes wchodzi się z placu pokrytego bladoszarym gryzem. Wita nas Portal Królewski, który już zapowiada szczególność tego miejsca. Rzeźby podporządkowane są rygorowi architektonicznych elementów do tego stopnia, że zdają się być integralną częścią ościeży, archiwolt, służek, tympanonów. Wydłużone w proporcjach postaci mają mocną graniastą strukturę. Ich geometryczna synteza jest tu szczególnie zaskakująca, gdyż są wyraźną antycypacją wzorników, w których Villard de Honnecourt rysunkami swymi stworzył kanoniczne schematy podporządkowania przedstawień ludzi i zwierząt surowym prawom geometrii [11]. Jest duże prawdopodobieństwo, że szartryjski mistrz katedry osobiście wykonał tu niektóre rzeźby. Przemawia za tym formalna dyscyplina kutej w piaskowcu formy, w zamyśle ściśle związana z konstrukcyjną koncepcją katedry. Klarowna i pozbawiona dekoracji. W średniowieczu architekt był przede wszystkim mistrzem kamienia. Na początku uczył się obróbki i wyboru jego rodzaju do różnych celów, potem praktykował kopiując rzeźby, ćwiczył się wreszcie w formowaniu płaskich i pełnowymiarowych figur, związanych z logiką konkretnych budowli. Na podstawie tych umiejętności uzyskiwał mistrzowskie prawa architekta.[12]
Przypuszczałem, że jasna fasada w słońcu (7 września) należycie przygotowała nas do wejścia także w strefę światła za sprawą znajdujących się tam wyjątkowych witraży. Po wejściu do środka pierwsza konsternacja : strzeliste trójnawowe wnętrze wypełnione było mrokiem, pomimo okien na dwóch górnych kondygnacjach nawy głównej, dzięki czemu same witraże świeciły żarem intensywnych barw (de facto zachowane średniowieczne witraże wpuszczają niewiele światła białego do wnętrza katedry). Drugie zaskoczenie: wstępując w strefę mroku zanurzyliśmy się w przestrzeń wypełnioną potężną organową muzyką. Właśnie odbywał się finałowy koncert laureatów jakiegoś międzynarodowego festiwalu. Rozstawione krzesła słuchaczy przysłoniły labirynt – symboliczną drogę do Ziemi Świętej, którą należało, zgodnie ze zwyczajem, pokonywać na kolanach. Niemniej jakaś namiastka tejże została nam dana. Zostaliśmy wciągnięci do wnętrza totalnym oddziaływaniem tego, co z katedrą kojarzy się całościowo, integracją wielu sztuk wyzwolonych (ich personifikacje widoczne są w Portalu Królewskim), zaistniałą właśnie w tym momencie. Zaskoczenie było tym większe, że spodziewać się można było przede wszystkim zachwytu nad konstrukcją klasycznej gotyckiej struktury wnętrza rozświetlonego światłem za sprawą licznych witrażowych okien.
Okazały się one jakby równoległym światem w stosunku do miary i proporcji katedry, będącej wzorcem dla wielu późniejszych katedr dwunasto i trzynastowiecznego gotyku. Piękno liczby spotkało się z pięknem kolorystycznej harmonii. Zastosowane tafle szartryjskiego szkła, niemożliwe do powtórzenia w wiekach późniejszych lśniły szafirowym i kobaltowym błękitem, rubinową i oranżową czerwienią, wsparte tonami bliskimi złota oraz malachitową i lazurową zielenią, Szkło głównie barwione w masie, precyzowane farbą konturową przy konkretyzowaniu przedstawień i form podlegało dyscyplinie łączenia listwą ołowianą i podziałami na geometryczne kwatery okien, które same w sobie są już kompozycją geometrycznych kształtów [13]. W półmroku staro i nowotestamentowe opowieści ukazywały się jakby na „elektronicznych ekranach”. Ich techniczna wyrazistość, składająca się z tysięcy drobnych kolorowych szkiełek, niczym punków świetlnych, mogła się wydawać podobna do „spikselizowanej” struktury obrazu LCD. Zapatrzeni w witraże – dawne ekrany prawdy objawionej – przechodząc od okna do okna – z trudnością ogarniało się detale w wyższych ich partiach. W dolnych jednak można było odczytywać całe historie biblijne Chrystusa, Marii – Błękitnej Róży, czy Najświętszej Marii Panny Pięknego Szkła, Józefa, Apokalipsy św. Jana. Możliwe też wtedy było bardziej wnikliwe dostrzeżenie struktury zastosowanego szkła oraz narysowane konturową czernią detale.
Pochłonięci pasażem oglądu okien ze scenami rozpoznawalnej lub nierozpoznawalnej narracji, z wytchnieniem po takim wysiłku, warto było skierować wzrok na rozety od strony zachodniej z Sądem Ostatecznym a od strony północnej z motywem Marii z dzieciątkiem w otoczeniu przodków Chrystusa, oraz na rozety południowego transeptu z tematem Misterium Wcielenia - Maiestas Domini – Chrystusa m.in. w otoczeniu symboli ewangelistów i aniołów[1]. Obrazowań tych bez lornetki nie sposób było rozpoznać. Możliwe jednak było doświadczenie wyciszenia po wysiłku rozpoznania wnętrza katedry. Promieniste ramiona każdej z nich – jak zawsze – były` wyrazem porządku, którego kosmologiczny sens zawarty jest w kole. Beztreściowa obserwacja formy rozety koncentrowała uwagę na skali jej wielkości, jej geometrycznej zasadzie podziału wewnętrznego, wreszcie na wypełnieniu ich abstrakcyjną z oddali relacją zestawień kolorowego światła. Rozety ulokowane w pełnym murze zasadniczych kierunków świata zdawały się być częścią sklepienia. Symbolika koła i regularnie rozchodzących się w nim promieni wznosiła nas bowiem ku górze. Natomiast kulista forma maswerków osadzonych w zwieńczeniu okien zdawała się być strefą przejścia pomiędzy doczesnym wymiarem a strefą niebiańską.
Olśniony barwą, technologią i skalą zachowanych dwunastowiecznych szartryjskich witraży wspomniałem wcześniej widzianą trzynastowieczną paryską Sainte – Chapelle. Tam piętnaście okien górnej kondygnacji Świętej Kaplicy zbudowanej dla przechowywania relikwii Męki Pańskiej całkowicie dematerializowało wnętrze. Iskrząc się chromatyczną paletą światła narzucały mocne skojarzenia z malarstwem George’a Seurat, i zasadą dywizjonistycznego melanżu barw. Przypomniały zarazem, że to, co współczesnym wydaje się odkrywcze zawarte jest w dużej części w myśli wieków minionych. [14]
- Oba wyjazdy odbyte zostały w ramach rokrocznych „powrotów do źródeł”, podróży artystycznych organizowanych przez Wydział Malarstwa ASP w Krakowie od 1996 r. Wyjazdy te, przygotowane bardzo starannie przez m. in. prof. Adama Brinckena, przez lata stały się szczególnymi inspirującymi doświadczeniami dla wielu, nie tylko krakowskich twórców, teoretyków i historyków sztuki oraz studentów. Pokłosie tych wypraw opracowane zostało w specjalnej publikacji: Powrót do źródeł, Kraków 2011.
- (..)„Wymiary dla budowy domu Bożego, dane przez Salomona, były następujące: długość w mierze starożytnej sześćdziesiąt łokci, szerokość – dwadzieścia łokci. Sień, która była przed główną budowlą światyni, miała na szerokość dziesięć, a na długość – stosownie do szerokości świątyni – dwadzieścia łokci, wysokość zaś jej – sto dwadzieścia łokci.”, cyt. za: Druga Księga Kronik 3, 3-5, [w:] Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu ( w przekładzie z języków oryginalnych), Poznań – Warszawa, 1991.
- Antoni Zięba, Iluzja a realizm. Gra z widzem w sztuce holenderskiej 1580 -1660, Warszawa, 2005.
- Wojciech Bałus, Gotyk bez Boga? W kręgu znaczeń symbolicznych architektury sakralnej XIX wieku, Toruń 2011, s. 69- 84). Książka nawiązuje do tytułu Alfreda Kamphausena, Gotik ohne Gott. Ein Beitrrag zur Deutung der Neugotik und des 19. Jahrhunderts, Tübingen 1952 ( za: W. Bałus, dz. cyt.). Jest ona próbą zrewidowania negatywnego spojrzenia na neogotycką architekturę, wg m. in. niemieckiego autora pozbawioną sakralnego wymiaru. W przeciwieństwie do tej tezy, książka W. Bałusa przybliża sens sakralnych budowli dziwiętnastowiecznego historyzmu pod kątem religijnych, społecznych i politycznych ich funkcji. Odnajdujemy w niej liczne rozważania na temat rodzących się pojęć sztuki chrześcijańskiej czy też narodowej na przełomie XVIII i XIX wieku. Krakowski historyk sztuki analizuje ideowe i estetyczne teorie epoki, nawiązując do kategorii stylu, adekwatnego do ducha omawianego czasu w kontekście wielu europejskich okresów kultury i sztuki.
- Poniższy fragment jest częścią mojego eseju już publikowanego jako: Impresje francuskie, [w:] „Konspekt”, Pismo Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, nr 1/2011 (38) w wersji z przypisami, oraz pod tym samym tytułem, [w:] Powrót do źródeł , dz. cyt. w wersji bez przypisów.
- Otto von Simpson, Katedra gotycka (The Gothic cathedra, 1956), Warszawa 1989.
- List do żony Alicji Hoschede z dn. ok. 28.03 1893, za: Pascal Bonafoux, Monet. Biografia, ( Monet, 2007), Warszawa 2009, s. 287.
- Po czasie znalazłem wyjaśnienie nurtującego mnie pytania: kim były te niezwykłe kobiety? Otóż, należą one do Wspólnoty Jerozolimskiej, bractw zakonnych zakładanych w wielkich miastach ( m. in. w Brukseli, Florencji, Strasburgu, Mont Saint Michel). Wspólnota została powołana przez o. Pierre-Marie Delfieux w 1975 r., celem „prowadzenia życia modlitwy” w cywilizacyjnym zgiełku. Łączy mistyczne doświadczenia Wschodu i Zachodu. Obecnie liczy ok. 200 osób zakonnych z 30 państw, kobiet i mężczyzn, związanych ślubami posłuszeństwa, ubóstwa i czystości. Wszystkie osoby zakonne pracują w świeckich zawodach, na pół etatu, tak aby zdobyć podstawowe środki na utrzymanie własne i Wspólnoty. Ruch monastyczny nie stroni od świata i ludzi, jego celem jest jednak szukanie kontemplacyjnej ciszy, budującej duchową harmonię a także indywidualna, bądź wspólna modlitwa i Jest ona dopełniona polifonicznym śpiewem na cztery głosy. W rytuałach tych objawia się ewangeliczna moc piękna, opartego na prostocie, a zarazem dostojeństwie religijnego wyznania.
- José Pijoan, Sztuka romańska we Francji, [w:] Sztuka świata, t. III, Warszawa 1993, s. 339.
- Ideowy oponent Sugera Bernard z Clairvaux był przeciwny dominacji ozdób i dekoracji w kościołach. Nagannie mówił „o olbrzymiej wysokości domów bożych, o nadmiernej ich długości, zbędnej szerokości, zbytkowym wyposażeniu, przesadnych malowidłach, które ściągając wzrok modlących się, rozpraszają jednocześnie uczucia…” , Bernard z Clairvaux, Apologia ad Guillelmum, XII, 28(P.L.128, c. 914), za: Władysław Tatarkiewicz, Historia Estetyki, t. II, s. 174, Warszawa,1988. Uważał, że „ (…) nie potrzebne są w kościołach zakonnych złocone ściany, wymyślne kształty i cała ta deformis formositas ac formosa deformitas, brzydkie piękno i piękna brzydota(…)”, za: W. Tatarkiewicz, dz. cyt. s. 171. Istotę piękna widział raczej w wymiarze religijnym, mistycznym, ideowym niźli w kategoriach estetycznych , związanym ze zmysłowym odbiorem plastycznej formy. Krytykował opata Saint - Denis za próby wprowadzenia kolorowego witrażu do wnętrza świątyni. Paradoks ich konfliktu na tym tle tkwił w tym, że obaj byli rzecznikami platonizmu i neoplatonizmu. Surowa reguła zakonu cystersów dodatkowo tłumaczyła postawę skupiania się na tym, co było rozumieniem istoty konstrukcji i funkcji A była nią liczba, miara porządku i wynikające z niej idealne proporcje budowli oraz poszukiwanie miejsca, które by sprzyjało kontemplatywnemu skupieniu i modlitwie, a nie oglądaniu np. okien z kolorowymi obrazami. W XII i XIII w. witraże były stosowane w kościołach cysterskich, ale wykorzystywano w nich mleczne białe lub szare szkło, o lekkim tonalnym zabarwieniu. Jedynie wewnątrz kwater stosowano, akcenty pojedynczych, kolorowych szkieł, często fiolety, błękity, zielenie. Przeważały elementy dekoratywne, geometryczne, czasem w środkowej części pojawiały się figuratywne akcenty. Por. O. von Simpson, Katedra gotycka, dz.cyt.; W. Ślesiński, Techniki malarskie. Spoiwa mineralne, Warszawa, 1983. Przypis rozszerzony w stosunku do wersji pierwotne; por. Impresje francuskie, „Konspekt”, dz. cyt.
- Powstanie rzeźb Portalu Zachodniego datowane jest na lata 1145-1155 (60 ?), zaś 325 rysunków na 33 pergaminowych kartach wzornika Villarda de Honnecourt na lata 1230 - Prócz schematów proporcji postaci i zwierząt w notatniku średniowiecznego budowniczego także pojawiają się m.in. architektoniczne plany, rysunki detali i ornamentów oraz układów kompozycyjnych. Por.: Andrzej Dulewicz, Słownik Sztuki Francuskiej, Warszawa, 1981; W. Tatarkiewicz, Historia Estetyki, dz.cyt. Kontekst formalnych i wyrazowych relacji rzeźb Portalu Królewskiego i późniejszego wzornika Villarda został zmodyfikowany w stosunku do wersji pierwotnej. W obecnym brzmieniu wypunktowany został aspekt pierwszeństwa rzeźb portalu w stosunku do rysunków średniowiecznego budowniczego. Por. Impresje francuskie, „Konspekt”, dz. cyt.
- Z czasem od XIII w. wiedza ta, tajemna i skrywana, stała się zaczynem powstania wolnomularskich grup – strzech budowlanych. Były one niezależne od cechów. Jako stowarzyszenia mistrzów budowlanego rzemiosła, kamieniarzy i murarzy przenosiły się na miejsca nowopowstających katedr oraz zamków i klasztorów. Główny mistrz budowy katedry, odpowiadający również za skompletowanie zespołu specjalistów, potrzebował wyodrębnionego pomieszczenia – w rodzaju drewnianego baraku, szopy blisko placu budowy, w którym omawiał sekretne zadania, i gdzie również odpoczywano, posilano się oraz trzymano narzędzia. Znaczenie szopy także wykraczało poza funkcję gospodarczego pomieszczenia, stając się pojęciem zbliżonym do strzechy. Por. Z. Herbert, Kamień z katedry, [w:] Barbarzyńca w ogrodzie, Wrocław, 1997; O. von Simpson, dz.cyt.,; Georges Duby, Czasy katedr. Sztuka i społeczeństwo 980-1420, (Le temps des cathédra les. L’art. et la societé 980-1420, 1976), Warszawa 1986.
- Barwienie w masie odbywało się z pomocą tlenków metali, głównie żelaza i miedzi w płynnym stanie rozgrzanej masy szklanej. Stosowano też tzw. szkło powłokowe, barwione powierzchniowo w wysokiej temperaturze podgrzewania szklanej płyty. W witrażu średniowiecznym poza czarną farbą konturową (konturówką), także zawierającą ww. tlenki metali, oraz łatwo topliwe zmielone szkło i gumę arabską, stosowano żółtą farbę, zwaną patyną malarską, z zawartością chlorku srebra. Por. W. Ślesiński, dz. .cyt.
- Por. R. Oramus, Droga do Katedr, [w:] B. Krasnowolski, R. Oramus, Katedra, Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie, Kraków 2012, s. 42- 62.